Gdzie kucharek sześć, tam kultura kwitnie
Do takiego wniosku dochodzimy siedząc w kuchni Zdzisławy Kuryło – szefowej Koła Gospodyń Wiejskich i zespołu śpiewaczego „Marysieńki” w Radostowie. Podczas dwóch popołudniowych godzin przez jej dom przewija się pięć kobiet. - Dom na rogu, to i pełny po brzegi, co chcesz, kochana! – śmieją się.
Faktycznie, jest o czym mówić, jest co uzgadniać. Praktycznie co miesiąc Marysieńki gdzieś wyjeżdżają, a to festiwal w Kazimierzu, a to przegląd we Wrocławiu, a to do Lubania trzeba pojechać, lekcję z dzieciakami zrobić. A jeszcze próby, konkursy tu na miejscu, obsługa lokalnych imprez oficjalnych i nieoficjalnych. Masa do zrobienia.
Pomogła kuchnia
- Tak, to trzeba być taką bizneswoman. - przyznaje Zdzisława Kuryło. Ale ona nie ma z tym
kłopotu, wręcz kipi energią i zdaje się robić kilka rzeczy naraz. Kto od
szesnastu lat sam prowadzi gospodarkę, potrafi mieć inicjatywę, upomnieć się o
pomoc i wyjść na swoje. Szefowanie radostowskim gospodyniom pani Zdziśka objęła
w trudnym roku 1984.
- Rozwiązano kółka rolnicze, zostałyśmy na lodzie. Samorząd się jeszcze wtedy tym nie zajmował, nie było do kogo uderzać. Znikąd pomocy, a przecież żeby coś zrobić to są wydatki i salę trzeba mieć i wszystko. Wtedy mnóstwo kół się wykruszyło, a wcześniej było ich w każdej wiosce po jednym i w Średnim i w Dolnym Radostowie całkiem osobne. Praktycznie każda gospodyni do jakiegoś koła należała. Potem już było ciężko.
Pomogła kuchnia. Okazało się, że przy doskonale funkcjonującej wypożyczalni naczyń, obsługującej chrzciny, wesela, stypy można utrzymać nowozałożony zespół śpiewaczy. Dziś „Marysieńki" to nie tylko śpiew, ale i świetnie funkcjonująca lokalna agencja artystyczno-eventowa. Tak w dużym mieście określono by grupę kobiet, które zapewniają organizację, prowadzenie i catering na lokalnych imprezach, zajmują się edukacją regionalną dzieci w szkołach, promują gminę na imprezach folklorystycznych.

Kraj lat dziecinnych
- Ach, to trzeba wszystko pokazywać, trzeba, bo teraz ludzie zapominają. Zdaje im się, ze święta to tylko do marketu pojechać, nakupić, telewizor włączyć i tyle. Nas w domu była piątka i wszystko sami robiliśmy, mama nam pokazywała.
Mama
pani Zdzisławy, Weronika, także była przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich.
Rodzina Kuryłów, podobnie jak większość mieszkańców tego rejonu Dolnego Śląska
pochodzi z kresów wschodnich.
- Wileńszczyzna i okolice Lwowa - tego tu najwięcej.
My jesteśmy z Wileńszczyzny, ale ja urodziłam się w 1946 roku w Ałtajskim Kraju
na Syberii, tam mama była zesłana a tato był na wojnie. - wspomina pani Zdzisława. - Pojechaliśmy razem z całym transportem Polaków na zachód, do
Szczecina, mama znalazła tatę w Częstochowie, przyjechał akurat na nasz
chrzest. On przyszedł do domu, mama gdzieś wyszła, babcia mu pokazała, że
siedzimy z bratem w pokoju. On do nas podchodzi i mówi: to ja, Wasz tata
przyjechał. A brat na to twardo: „Niet, nasz papka na wajnie!". Potem ojcu jako
osadnikowi wojskowemu przydzielono ten dom w którym siedzimy i gospodarkę.
Jak wcale nie zasieję to na pewno nie wzejdzie
Z piątki dzieci państwa Kuryłów na gospodarstwie została właśnie Zdzisława.
- To był mój wybór. Zawsze myślałam, żebym albo
lekarzem została, albo była tu, na roli. Lekarzem, bo chciałam pomagać ludziom,
ale jak poszłam do technikum rolniczego, zobaczyłam jak i co, że to tak pięknie
i widoki piękne i na powietrzu i tradycja taka wspaniała - to już wiedziałam,
że będę to robić.
Ja kocham to co robię. Lubię iść przez pole i czuć
zapach roli, jakby już pachniało tym chlebem co będzie ze zboża. Prawie
wszystko sama robiłam. Aż siostra się ze mnie śmiała, „po co ci to!" - pytała. „Po
co ci jeszcze do tego świnie, krowy?" A jak u mnie ma obora pusta stać? No
przecież tak nie można. Teraz niestety muszę
o emeryturze pomyśleć, pole wydzierżawić. Byłam tam ostatnio i bardzo mi żal.
Mimo wszystko jeszcze obsiałam pszenicą, po wszystkich świętych, późno,
wzejdzie, albo i nie, ale co ja mam się zastanawiać, jak wcale nie zasieję to
już na pewno nie wzejdzie, prawda?
I
takie jest właśnie motto życiowego pani Zdzisławy:
- Niektórzy myślą tylko czy im się opłaci i wciąż
jęczą, że to im się nie opłaci, tamto się nie opłaci. To wiadomo, że i żyć się
nie opłaci, jak się nie ma w sobie żadnego ducha.
Nakupić to nie filozofia
Swoją
działalność w Kole Gospodyń Wiejskich i zespole traktuje jako patriotyczny
obowiązek i ogromną przyjemność.
- My musimy pokazywać, że nasze jest dobre,
przypominać o pięknych zwyczajach. Tak wspaniałej wigilii jak na wileńszczyźnie
nigdzie nie ma, kiedy pokazujemy nasze wyroby na przeglądzie świątecznym, to do
nas najwięcej osób przychodzi. Nie filozofia pierogów w sklepie nakupić,
najpiękniej to całą rodziną przygotować wszystko samemu. Mniej, ale samemu,
chociaż te kilka razy w roku. Inne kraje dbają u siebie o zachowanie zwyczajów,
my też musimy, a przecież jest o co. Na przykład nasze potrawy na Wielkanoc,
Niemcy nas podglądają i uczą się od nas, bo co oni tam mają, jajeczka i
zajączki z czekolady i sama słodycz. A
Wielkanoc to są ciężkie święta, muszą być ludzie silni - pokonać śmierć, żeby
się tak stało, to trzeba dobrego jodła.
- Pani Zdzicha tłumaczy cierpliwie i
znienacka zaczyna zaciągać po kresowemu. Może nieświadomie cytuje matkę?
- Jaka radość jest u dzieci w szkołach, jak z nimi
pieczemy pierniki, albo robimy kutię! Wszystko chcą robić, wszędzie zajrzeć. I
dziewczyny i chłopaki, chłopakom mówimy, żeby wyrabiali ciasto, bo silniejsze,
dajemy im do gotowania wielkie białe berety kucharskie i są zadowoleni. Albo
chleb pieczemy i wszystko im opowiadamy, pokazujemy, bo oni nie wiedzą ile
pracy trzeba, żeby bochen był, myślą, że w sklepie jest i tyle. A kiedyś Koła
Gospodyń Wiejskich jeszcze więcej robiły i w wychowaniu dzieci i na co dzień.
Jakie konkursy wtedy były na wsi organizowane, ot, na przykład na „nieznane
warzywo". Każdy sprowadzał, hodował, w
tajemnicy trzymał. Teraz też robimy co możemy.

Nie tylko telewizor
Bycie
z ludźmi i dla ludzi to najlepszy sposób na życie - przekonuje Zdzisława Kuryło.
Trzeba wychodzić do ludzi. Nie, tylko telewizor, bo to nudno jest. A przy
takim spotkaniu to trzeba się postarać, zadbać i o wygląd i o fryzurkę.
To daje wiele również nam - już samo to, że
się spotkamy, pogadamy sobie, jedna z jednego końca wioski, druga z drugiego.
Nie tylko praca uszlachetnia - wspólne
śpiewanie też daje wiele. Jak się ma radość, to wyśpiewać, albo jak się ma żal,
bo jak się żal wyśpiewuje, to się inaczej przeżywa. Każda pieśń zawiera swoją
historię, i uczucia, zdarza się, że i czyjąś historię życiową.
A że się mówi o tym jakie to kobiety są kłótliwe i nie umieją ze sobą współpracować? Bzdura!
- Są światłe kobiety i one domagają się więcej, bo więcej wiedzą. Są operatywniejsze i mądrzejsze z każdej dziedziny życia. Ale to się jeszcze wciąż spotyka, że „co tam kobiety", to się, cholerstwo, dalej utrzymuje, mimo że żyjemy już w dwudziestym pierwszym wieku. A co jest warty świat bez kobiet? To już nawet nie jest ważne czy w mieście czy na wsi. Kobiety zawsze z czymś wyjdą i potrafią coś wywalczyć. Spory? A, bywa, nie trzeba się kłócić, ale nikt nie jest święty, zwady są, ale do wyjaśnienia,- jak coś jest to trzeba po prostu sobie powiedzieć - i ok.!
Jadą do miasta i fru!
Jedno
tylko martwi szefową „Marysieniek". Brak następczyń.
- My prawie wszystkie jesteśmy już po pięćdziesiątce.
Mamy, owszem fajne dziewuszki, co wszystko z nami robią, wszystko potrafią, ale
one z nami są tylko tyle co się tu w szkole podstawowej uczą - potem jadą do
miasta i frru - już ich nie ma. Młodych ludzi na gospodarstwach mało, prawie
wcale, wszyscy za pieniędzmi, za pracą wyjechali, albo do miast, albo za
granicę. Trudno im się dziwić. Żeby to lepsza koniunktura w rolnictwie była, to
może. Ale i teraz można dać sobie radę, są dopłaty, są gospodarstwa
agroturystyczne. Tyle, że mało kto ma ochotę wychodzić z inicjatywą.
Pani
Zdzisława ma nadzieję, że może coś się zmieni, bo postawa ludzi do wsi i
folkloru zmieniła się na lepsze.
- Raczej nas wszyscy podziwiają, niż się
śmieją. Dużo ludzi sprowadza się też na wieś, żeby sobie tam mieszkać, często dzieci
tych, co uciekali do miasta, do zakładu pracy i mieszkania z przydziału.
Zresztą i te seriale w telewizji swoje zrobiły. Już i te plebanie, i te rancza
i te boże ogródki to widać, że z życia brane. W Wilkowyjach, o popatrz, jak
kobiety na swoim postawiły! Sama prawda!

Tekst: Anna Janikowska











